Powiedziałam: DOSYĆ

Jeden z moich ostatnich warsztatów internetowych poświęcony był możliwości uruchamiania w sobie siły wewnętrznej, dzięki której przerywamy kontynuowanie się negatywności. Spotkanie zakończyłam prośbą do jego uczestników o opisanie zdarzenia, które było ich punktem zwrotnym w życiu, pokazywało, że stać ich było na o wiele więcej, niż siebie o to podejrzewali… Jedna z pań opisała swoją historię. O taką relację z życia mi chodziło! Uczymy się reagować, niwelować, zatrzymywać negatywne ciągi zdarzeń, pokazywać możliwość tam, gdzie twierdzą, że jej nie ma.

Przeczytaj tę autentyczną opowieść!

Powiedziałam: DOSYĆ!

 Historia mojej choroby jest długa, wielowątkowa i skomplikowana.  Trudno wszystko w kilku zdaniach opisać, skoro jedno wynika z drugiego, wpływa na kolejne. Kluczowy w niej jest jeden wyraz z głębi siebie wypowiedziany, poczuty – DOŚĆ. Trochę to jednak trwało, zanim go wypowiedziałam.

Lekarzy poznałam sporo, z różnych specjalizacji.  Niektórzy mieli pomysł, co ze mną zrobić, jednak na twarzach większości malowała się bezradność. Nawet nie próbowali jej ukryć.  Posyłali mnie jednego do drugiego, z miasta do miasta. Na pierwszą wizytę czekałam pół roku mając status „pilne”, choć pani doktor dała mi kartkę ze swoją pieczątką dla rejestratorek i powiedziała „Pani jest taka dziwna, że muszę wziąć panią szybciej”. Trafiłam też do znanego profesora, który bez owijania w bawełnę, powiedział „Dużo pani wycierpiała. Gdybym znał kogoś zagranicą, to bym panią tam wysłał, ale nie znam. Sam, więc zajmę się diagnostyką.

Lekarze mieli trudne zadanie, bo patrząc na wyniki moich badań albo wzywali mnie ponownie, bo były nieinterpretowalne, albo pokazywali mi swoje wykresy mówiąc „takie cuda pani ma”. Nawet, gdy konsultowali się ze swoimi zagranicznymi kolegami, nie umiano ich wyjaśnić.

Co do jednego lekarze byli zgodni, że mam chorobę „autoimmunologiczną”,  nazwaną póki co oficjalnie „niezróżnicowaną układową chorobę tkanki łącznej”, która uchodzi za dożywotnią. Gdy mojej lekarce prowadzącej mówiłam, że wyzdrowieję, patrzyła na mnie jak na dziecko marzące o latającym różowym słoniu. Gdy pytałam, kiedy odstawię zapisane mi silne leki, słyszałam „ich się nie odstawia, jak ktoś je dostał to powinien je brać przez całe życie”. Brałam je przez trzy miesiące. Sama przestałam je brać już półtora roku temu.

W szpitalu byłam z powodu choroby wiele razy, ale jeden był kluczowy. Kojarzy mi się z „Opowieścią Wigilijną”. Spędziłam na oddziale 22 dni. Pomagałam leżącym tam kobietom, robiłam im kanapki, masowałam je, podawałam w nocy szklankę z woda. Czekoladki raczej daje się lekarzom, nie pacjentom, a ja podczas tego pobytu otrzymałam je, jako podziękowanie od tych pacjentek i od prowadzącej mnie lekarki. Przywiozła je z Hiszpanii.  Twierdziła, że przypadek ze mnie taki, o którym w książkach nie uczono… Zaczęła zabierać mnie na lekcje medycyny ze studentami, jako ciekawostkę. Wiele razy tam byłam.

Choroba z każdym rzutem rozwijała się, jak kula śniegowa tocząca się ze stoku.  Co raz to nowy objaw, bóle wędrujące po ciele, krwawienia z samoistnie pękającej tkanki łącznej, nosa, jelit. Czasami nie miałam siły siedzieć. Bywało, że nie mogąc dojść do tapczanu, leżałam na dywanie. Nie widziałam szans na poprawę tego stanu. Rzuty choroby na jakiś czas znikały, ale jak bumerang powracały, z biegiem lat coraz częściej. Najpierw co roku, potem co pół, później co 4 miesiące, co dwa. Cyferki malejące jak w liczniku na bombie…  Nie jest to życie, którego bym komuś życzyła.

Oficjalnie stanęło na tej „niezróżnicowanej…”. Podczas mojego uczestniczenia, (jako eksponat) na zajęciach ze studentami medycyny, moja lekarka wygadała się, że „niezróżnicowana jest przy toczniu często rozpoznaniem wstępnym, a właściwie u wszystkich pacjentów z tymi przeciwciałami w ciągu 10-ciu lat w miarę postępu choroby, potwierdza się go już oficjalnie”.  Nagle sobie przypomniała, że jestem obok i dodała, że choć takie są statystyki, to w medycynie nic nie można powiedzieć na 100 procent.

Pod koniec 2018 roku, gdy już znałam takie moje życie, jakie znałam, gdy nasłuchałam się jak inni pacjenci zmagają się ze swoim życiem i chorobami (perspektyw generalnie fatalne), gdy na kartce ze skierowaniem po raz pierwszy na piśmie zamiast „niezróżnicowanej…” zobaczyłam podejrzenie tocznia, powiedziałam to dogłębnie poczute DOSYĆ. Stałam na szpitalnym korytarzu i pomyślałam ten krótki, lecz najważniejszy mój monolog – DOSYĆ. Już TAKIEGO życia nie chcę. Te ludzkie statystyki mnie nie dotyczą.

Pracę miałam za jakieś 1200 zł na rękę miesięcznie. Zaczęłam czytać książki z przekazami, słuchać nagrań kursów. Powoli wzniecałam iskierkę po iskierce wiarę, że dam radę, że będzie pięknie, wyzdrowieję, zmienię pracę. Nie wiedziałam jak to zrobię, ale wiedziałam, że to zrobię. Wcześniej nikt nawet nie odpowiadał na wysyłane przeze mnie CV. Pewnej soboty zaczęłam przeglądać ogłoszenia o pracę. Umówiłam się w pewnej firmie na rozmowę wstępną o pracę.

W nocy poprzedzającej dzień rozmowy rekrutacyjnej, przyśniło mi się, że na sali były trzy osoby a jedna z nich mówi do mnie „Pani już jest przyjęta, ale jeszcze porozmawiamy”. Obudziłam się z takim Powerem, pewnością, że to jest właśnie moje miejsce! Faktycznie, w rzeczywistości czekały na mnie trzy osoby. Niczego się nie bałam. Świetnie mi się z nimi rozmawiało, aż sama siebie nie poznawałam. Byłam wtedy tą prawdziwą, silną, wartościową kobietą. Dostałam tę pracę. Zaczęłam się zastanawiać, jak jej podołam skoro moja fizyczność odmawiała normalnego funkcjonowania. Odłożyłam te obawy na bok. Po prostu spróbowałam. To był luty 2019.

Teraz lista moich przypadłości po kolei się skraca. I to bez leków. Wszystkie odstawiłam. Od czerwca 2019 niedoszły toczeń przestał się rozwijać. Jeszcze zalążki zmian skórnych pojawiają się w tym roku (2020) dosyć często, jednak z sukcesem są na bieżąco niwelowane. Goją się w kilka dni. Różnica jest więc kolosalna! Odżyłam, pracuję, tańczę, uczę się, uczestniczę w kursach pozytywnego kreowania siebie. Myślę, że dzięki wykonywanej na nich synchronizacji pozytywnej znalazł się dla mnie partner do tańca – zaczęłam chodzić na tańce! Jest z Hiszpanii, jak ta czekolada. Już nie patrzę na pary tańcząc w pojedynkę. On ”po prostu” przyszedł do naszej grupy, poprosił mnie do tańca… Na którychś warsztatach internetowych, w ramach ćwiczeń, każdy miał napisać na kartce tylko jeden wyraz, taki, który każdego wnętrze, Głębia chce przekazać.  Moja ręka, ta „samo pisząca”, napisała jego imię…

Mam skończonych teraz 31 lat. Dużo przez te lata doświadczyłam. Ale powiedziałam temu DOSYĆ! To była najważniejsza chwila w moim życiu.

 

 

 

Related Entries